Cześć, cześć, witam Was po niekrótkiej przerwie. Szczerze mówiąc myślałam, że ten blog jednak przyciągnie kilku czytelników, cóż to chyba tylko moje bardzo pobożne życzenie, tylko w jaki sposób go wypromować? Kiedyś miałam bloga, gdy byłam, cóż mówiąc wprost gówniarą, to jakoś tak ludzie mogli z głównej strony przeglądać nowe posty itd., ale nie o tym miało być dziś.
Niedawno przeżyłam niesamowicie szałowe święto jakim jest tłusty czwartek, prawdopodobnie do dziś nie pozbyłam się efektów ubocznych, które dotknęły moją figurę po tym jak postanowiłam skosztować kilka (tak kilka!) okazałych sztuk pączkowych cudeniek, a już nadchodzi kolejne święto a mianowicie Walentynki.
Ciężko nazwać to świętem, właściwie dzień jak co dzień i tyle - oraz zdanie, które ciągnie się za tym dniem, że miłość można wyznawać 365 dni w roku, a i owszem, to prawda. Powiem tak: dzień ten mnie "ani ziębi, ani grzeje". Fajnie jest czuć, że ma się wtedy kogoś bliskiego - zresztą fajnie to czuć codziennie, ale jeśli akurat jesteśmy sami, to też tragedii nie będzie. Przecież bycie osobą wolną czy typowym singlem, kimś kto czeka na właściwą osobę nie jest złe prawda? Przecież to nasze życie i nie musimy szukać kogoś na siłę tylko dlatego, że inni kogoś teraz mają, albo że mijamy wiele par na ulicy. Teraz możemy być sami, za dwa dni się zakochamy i tyle. Życie toczy się jak w kalejdoskopie - nie ma powodu oceniać czegoś pochopnie.
Ja osobiście mogę powiedzieć, że nie jestem sama, te kilka lat związku nauczyło mnie, że walentynki to tylko jeden dzień, jedno słowo i tak naprawdę czy spędzimy go jedząc kolacje przy świecach, ucząc się na egzamin czy jedząc chipsy przed tv, to tak naprawdę nie ma znaczenia :)
Każdy z nas sam zdecyduje jaki ma stosunek do tego dnia i w jaki sposób go spędzi. Róbmy tak, abyśmy czuli się jak najlepiej i nie żałowali żadnego dnia z tych 365 dni w roku :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz